czwartek, 18 sierpnia 2016

Świadoma (Opowiadanie 16)


 Świadoma

 Lepiej spłonąć od razu, niż tlić się powoli...
 ~ Kurt Cobain

Musi znaleźć odpowiedź.
Wirujące wokół papiery nie ułatwiają zadania. Opadają miękko na ziemię, zanim zdąży je złapać i podrzeć. Zanim pozbywa się kolejnych wyróżnień, pośród których jej szuka. To niemożliwe...
Musi mieć jakąś skazę. Tylko ją ukryli, zakopali pod miłymi słówkami od wychowawców. Nie, nie mogła być tak grzecznym i miłym dzieckiem.
Drży coraz mocniej. Dzienniczek z czwartej klasy wylatuje jej z rąk. Osuwa się na kolana, włosy wypadają z przykładnego koka.
Łzy cicho płyną po policzkach, spadając na podłogę strychu.
Zaczyna padać.

***

Oni wszyscy są tacy sami.
Fioletowy korektor powinien zatuszować cienie pod oczami. Nie mogą widzieć, że nie spała. Trzecią noc z rzędu.

Taty nie powinno być na śniadaniu, tylko w pracy. Niefart chce, że idzie na nocną zmianę, a ona o tym zapomniała.
- Nic ci nie jest, Laurko? – pyta przy śniadaniu jakby nigdy nic.
Z trudem przełyka kawałek kajzerki.
Nic się nie dzieje. On tylko nadchodzi. Wielki dzień dla tego świata.
- Nie, jestem tylko trochę zmęczona. Projekt w szkole.
Który zrobi na kolanie w autobusie. I tak dostanie szóstkę.
Zarzuca torebkę na ramię, całuje tatę w policzek i wychodzi. Bez kurtki. Poza domem czuje pewną ulgę. Naciąga rękaw swetra na rany i idzie przed siebie. Pada deszcz, ale krople omijają ją szerokim łukiem. Na razie.
Będą na ciebie patrzeć.
Ludzi na ulicy trochę dziwi nastolatka nieprzygotowana na złą pogodę, ale jeszcze bardziej dziwi ich zmiana statusu znajomych na facebooku. Patrzą w ekrany telefonów, nie zwracają na nią uwagi. Tym lepiej dla nich.
Już niedługo telefony na nic im się nie przydadzą.
Na przystanku stoją nastolatkowie. Idealny moment na zapalenie e-papierosa przed szkołą, w której trzeba się ukrywać przed nauczycielami. A tu można poszpanować bez konsekwencji.
Laura poznaje parę osób. Dwóch chłopaków z klasy. Dziewczyna w miniówce – z równoległej. Zastanawiające jest jak zmieściła w tak małej torebeczce wszystkie książki...
Oni wszyscy są tacy sami.
- Laura?
Przenosi wzrok z grupy nastolatków na chłopaka stojącego przed nią. Głos więźnie jej w gardle.
Przywitaj się. Zgrywaj pozory, że jesteś normalna. Jak przed wszystkimi.
Głos więźnie jej w gardle.
- O, cześć – mówi spokojnie, głosem nieco zbyt bezbarwnym – jedziesz dzisiaj autobusem czy wagary?
Jego usta wykrzywia dziwny grymas. Nie zmienia to faktu, że są ładne. Zbyt ładne, by był taki sam jak wszyscy. Wsiadają do autobusu. Przez dłuższą chwilę milczą. "Co powiedziałam nie tak?"
- Robisz coś dzisiaj po szkole?
- Nic - odpowiada zupełnie machinalnie prawdę. Nie zdążyła ugryźć się w język. Shit.
- Może byśmy gdzieś razem wyszli?
"Chcesz iść na randkę ze MNĄ? Jest tyle innych dziewczyn, które prosto powiedziałyby Tak. Ale ja? Ja jestem inna. Niebezpieczna. Lepiej dla Ciebie, żebyś trzymał się ode mnie z daleka."
- Jednak na śmierć zapomniałam, że mam dzisiaj dentystę. Może innym razem...
Wysiada z autobusu, wpadając na ścianę wody. Przystanek za wcześnie. Adam chce za nią podążać, lecz oddzielają ich automatyczne drzwi. Chłopak posyła jej zdziwione spojrzenie, ale ona odwraca się tylko na pięcie. I biegnie.
Inni zawsze milczą, gdy są najbardziej potrzebni.

***

Monika siedzi jak zwykle tylko trochę dalej od średnio popularnej klasowej grupki. Opaska z ćwiekami niestarannie ukrywa odrosty w żarówiastoniebieskich włosach. Dziewczyna ma na sobie ulubione rozwalające się trampki, wytartą, szarą koszulę i nieco zbyt krótką, czarną spódnicę. Na rękach tkwią setki bransoletek, od srebrnych aż po takie ze sznurka na bieliznę. Zanim Laura zdąży do niej podejść, ta zrywa się na równe nogi i biegnie w jej kierunku, ciągnąc za sobą pseudoskórzany plecak. Nawet się nie witając, prowadzi ją do toalety i stawia przodem do lustra. Dopiero teraz Laura uświadamia sobie, że deszcz zmył cały korektor i rozmazał tusz do rzęs. Monika wciąż nic nie mówiąc, wyjmuje z plecaka kosmetyczkę, która zajmuje przynajmniej połowę miejsca na książki.
- A teraz opowiadaj.
Laura dobrowolnie poddaje się zabiegowi przyjaciółki, cichym głosem opowiadając co jej się stało.
- Zaprosił Cię gdzieś, a Ty odmówiłaś?!
- Tak.
- Co z Ciebie za idiotka! Przecież Ci się podoba, a ty... Och, wiesz, że możesz nie dostać drugiej szansy?! - trajkocze Monika.
Nie są Ciebie warci. Pamiętaj o tym.
- A po co mi ona?
- Zachowujesz się jakbyś kompletnie postradała zmysły...
Może postradała. Pije mocną kawę z termosu przeglądając e-dziennik. Same szóstki i piątki. Żadnej rysy, plamy na honorze Innych.
- Co ubierasz na bal gimnazjalny? Halo, Laura, ty mnie w ogóle słuchasz? - głos Moniki staje się słabszy, jakby traci zainteresowanie sprawami przyjaciółki. Albo jest smutna.
- Słucham. Nie idę na bal.
On nadejdzie wcześniej.

***

Dawniej...

- Monika, chodź tu na chwilę!
Dziewczyna wyszła ze złością z łazienki. Ojciec to sobie zawsze czas znajdzie! Akurat robiła pasemka, żeby urozmaicić te nudne włosy.
- Tak, tato?
Stał już ubrany w mundur i wpatrywał się w zdjęcie klasowe, które niedawno przyniosła do domu. Rodzice byli strasznie podekscytowani obejrzeniem jej nowej, gimnazjalnej klasy.
- Kim jest ta dziewczynka? - wskazał jedną z ulizanych kujonek w miarę modnych ciuchach. Musiała wysilić pamięć, żeby przypomnieć jej imię.
- Laura Stępień, a co?
- Tak myślałem. - ojciec zapatrzył się tępym wzrokiem w fotografię. Dziewczyna zaczęła powoli wycofywać się z pokoju.
- Prowadziłem sprawę jej matki....
- Kolejna drobna złodziejka, korupcja, a może nie miała tablicy rejestracyjnej?
- Powiesiła się.
Monika zamilkła, a zdarzało się to bardzo rzadko. Biedna Laura. Biedne dziecko.

***

Profesor Erykowski wolnym krokiem przechadza się między ławkami. Uczniowie starają się jak najciszej wyjmować potrzebne do lekcji przybory. Laura opiera głowę na ręce i przymyka oczy. Nieprzespane noce odbijają się na jej stanie, pomimo przyjętej kofeiny. Monika szturcha ją łagodnie w ramię.
- Masz projekt? - szepcze zakrywając twarz pasmem niebieskich włosów.
- Nie... Zapomniałam.
Przyjaciółka robi wielkie oczy, a ławka za nimi zaczyna cichą rozmowę okraszoną wieloma znakami zapytania. Laura nie ma projektu? Co się dzieje?
I tak nie będzie zbierał.
- I tak nie będzie zbierał - mówi pewnie Laura. Monika kręci głową z niepokojem.
Erykowski całą lekcję rozprawia o minusach socjalizmu. Nie wspomina ani słowem o projektach.

***

Dawniej...

Innych zaczęła słyszeć dokładnie 6 lat po rozstaniu rodziców. Tkwili w jej głowie jak złe, wciąż narzucające się wspomnienia. Pomagali jak radzić sobie z ludźmi. I wyjaśniali. Dlaczego matka odeszła, do czego sama została przeznaczona. Kim jest On - tego nigdy nie powiedzieli. Rozumiała, że to zbyt poufna i ważna informacja, by ją zdradzić. On był końcem, a ona - Jego początkiem...
Najpierw odrzucała tę rolę. Nie chciała jej, nie mogła się z nią pogodzić. Ale im starsza była, tym lepiej rozumiała, że nie da się tego odrzucić. Jej matka to zrobiła, lecz była słabym umysłem. A ona taka nie jest. Chciała jednak chronić przed sobą innych ludzi. A raczej - lubiła tworzyć wokół siebie aurę tajemnicy. Lubiła ich odpychać, lubiła uśmiechać się w duszy na myśl, że są Nieświadomi.
Pamiętnik musiała pisać, bo bez tego by nie wytrzymała.

***

Na biologii mają temat o chorobach cywilizacyjnych. Nie słucha, bo po co? Inni wszystko wiedzą, a wiedza Innych jest też jej. 
Dopiero, gdy Nowak mówi o depresji, zaczyna słuchać. Milczy, choć ma ochotę krzyczeć, pokazać, że wie o tym wszystko. Przecież nauczycielka nie miała styczności z taką osobą na co dzień. A ona? Ona miała. W końcu przechodzi do samobójstw.
- Osoba chora może w końcu być tak przybita, że nie będzie w stanie dłużej sprostać obowiązkom normalnego życia.
- Proszę pani, mam pytanie.
- Tak, Moniko?
- Dlaczego samobójcy często tną się w poprzek żyły, skoro jedno, porządne cięcie wzdłuż może załatwić wszystko?
Nauczycielka wydaje się równie oszołomiona co klasa, lecz odpowiada profesjonalnie:
- To jest samookaleczanie, czyli osobie chorej ból sprawia przyjemność. Jest to raczej wołanie o pomoc, a nie chęć śmierci...
Głuche wołanie.
Laura naciąga jeszcze mocniej rękaw swetra.
***
Nie widuje Adama przez następny tydzień i...
I bardzo dobrze.
I bardzo dobrze jej z tym.
***

 Tego cholernego dnia budzi się z gulą w gardle i jeszcze bledszą twarzą niż zwykle. Przynajmniej spała. Powinna nie iść do szkoły, ale ciągnie ją tam jakaś nieokreślona siła. 
I sześć lekcji mija bezproblemowo, jeśli nie liczyć niezapowiedzianej kartkówki z chemii. Później jest tylko biologia. Siedzą w ostatniej ławce, poza podejrzeniami ostrego nauczyciela. Ale lekcja jest nudna, więc może podyskutować trochę z Innymi. Przecież tego nikt nie usłyszy.
"Jaki jest właściwie los Moniki? Nigdy nie wspominaliście co On zaplanował..."
Zginie zanim On się ujawni. Zostanie zakładniczką, aby jej ojciec wypuścił jednego więźnia. Jednak nie dotrzymają umowy.
"Nie może jej pomóc?"
Nieświadomi nie są godni pomocy. Ona niczym się nie różni.
- A panienka Laura to co? Z głosami w głowie rozmawia?
- To pan wie? - podnosi na nauczyciela zdumiony wzrok. Nie przypuszczała, że istnieją Świadomi poza nią. A może jest jednym z Innych? Może to część rozmowy toczonej tylko w myślach?
Klasa wybucha śmiechem.
- Panienka pójdzie do dyrektora.
Wydałaś nas. Jesteś tak podobna do Nieświadomych. Taka słaba.
Wybiega z klasy, trzaska drzwiami, przemierza korytarz, płacze, płacze, płacze, na zewnątrz dopada ją wiatr i... tak, deszcz, już nie widzi nic, idzie po omacku, po ulicy zlewającej się z łzami, po kałużach, po całym tym nędznym świecie...
- Laura?
Adam. Już sama nie wie co robi, czuje dreszcze i wodę. Nie docierają do niej słowa chłopaka, nie słyszy nic poza chichotem, piekielnym śmiechem rozdzierającym czaszkę. Przytula ją. On powstanie. Drży, drży w jego ramionach, słyszy słowa pociechy. Wierna służka Pana. Prowadzi ją w stronę domu, ciepła. Ale ona ciągle nie słucha, nie kontaktuje, nie ma siły. Świadoma.
- Laurko, co się dzieje?
- Jesteś moim całym światem.
I widzi ten obraz sprzed lat.
  
***

Dawniej...

Matka zabrała ją wtedy nad jezioro. Woda była zimna i tylko wiosenne, rażące słońce zachęcało do kąpieli. Zdjęły z siebie wszystko oprócz kostiumów kąpielowych. Matka kupiła jej wtedy nowy o kolorze tak intensywnej czerwieni, że aż raził po oczach. Nie komponował się z zielenią trawy ani błękitem nieba. Zastanawiała się później, czy to nie on zniszczył wtedy jej życie, tak prosto jak niszczył krajobraz. Ale skrawek materiału nie mógł odpowiadać za to, co powiedziała jej matka.
Gdy były już wykąpane i przebrane, słońce zaczęło zachodzić. Obserwowały jego majestatyczne odejście jedząc winogrona. Pamiętała ogromną liczbę barw, które odbijały się na tafli wody. Pamiętała smak owoców - zbyt twardych i niesłodkich. Pamiętała wreszcie zamglony wzrok mamy, jej niepewny uśmiech. I słowa.
- Laurko, ja i tata... My... Już nie będziemy razem.
Kawałek winogrona stanął jej w gardle.
- Ale... Tak na zawsze?
- Tak. Jesteś jedynym co mi zostało. Moim całym szczęściem, światłem i nadzieją. Moim całym światem.
Płacze.
Chwilę później zaczyna padać.

***

- Laurko, chcesz winogrono? - nie wie, czy on wypowiada te słowa, czy słyszy je w głowie, ale dobrze zna odpowiedź.
- Nie, dziękuję.
- Co się stało? Bredziłaś coś wcześniej, ale nic nie zrozumiałem. Odzyskuje nad sobą kontrolę. Stoją tuż przed jej domem i może tylko dziękować, że nie zostawiła kluczy w torbie.
- To nieistotne. Dzięki... za wszystko.
- Jutro nie masz dentysty? - czy w jego głosie słyszy kpinę?
Zgódź się. To jemu potrzebne.
- Nie mam.
- Może w końcu się ze mną umówisz?
NIE jest taki sam jak wszyscy. Myliliśmy się.
- Z wielką chęcią - unosi kąciki ust. Panuje nad głosem.
- To jutro o 16 po Ciebie przyjdę - całuje ją w policzek i odchodzi. Jutro jest sobota.
Sobota, 16:00. Sobota, 16:00. Nic już jej nie zostało prócz tych dwóch słów.
***

 Dawniej...

Jej cały świat nie był tak ważny, żeby postanowiła dla niego żyć.

***
 
Nie przyszedł.
***

Kamienny krąg stoi tam od czasów cywilizacji łużyckiej. Archeolodzy dawno wykopali co się dało i stracili nim zainteresowanie. Nie można tego powiedzieć o okolicznych menelach, więc wokół leżą kawałki butelek w różnych kształtach i kolorach. Mogą spowodować pożar, ale nikogo to nie obchodzi.
Szczególnie Laury, która idzie tam tylko w jednym celu. Obudzić Go. W tej chwili. Niech powstanie, niech ona odzyska to, co straciła jej matka. Niech ją zobaczą - wierną służkę, Świadomą, która wypełniła swoją misję.
Na razie stara się unikać szkła i korzeni. Nie wzięła latarki, a drzewa skutecznie tłumią blask księżyca.
Już niedługo to wszystko się skończy.
Uśmiecha się bestialsko. Ludzie jej zapłacą za swoją głupotę, nieświadomość.
Tata za to, że dał matce umrzeć i nie wypełnić misji.
Adam za zlekceważenie jej uczuć.
Monika za przyjaźń powodowaną litością.
Zapłacą.
Drewno już tam jest. Suche, choć od godziny siąpi deszcz. Wie, że to dzieło Innych, ale ona ma je dopełnić.
Wyciera policzki z pojedynczych łez.
Gałązki szybko zajmują się ogniem, roznieconym raptem jedną zapałką. A ona wyciąga żyletkę.
Pierwsze cięcie jest płytkie, poprzeczne. Takie, do jakiego się przyzwyczaiła. Niemal nie boli.
Mocniej. Wiesz, że On tego potrzebuje.
Przypominają jej się słowa Moniki: "Po co ciąć się wielokrotnie, skoro wystarczy raz, a wzdłuż żyły?". Wzdłuż żyły. Drugie cięcie jest już mocne i zdecydowane. Ból zwala ją z nóg na kolana. Upadając, wsadza rękę do ognia. Krew podsyca jasny płomień. Czuje ją ustach. Ubrania nią przesiąkają. Płacze krwią jak Jezus w Ogrójcu, dobrze wiedząc co zrobiła.
Spisałaś się na medal.
Ogień wzrasta, zajmuje okoliczne drzewa. Pochłania je bardzo szybko, aż pozostają jedynie sterty popiołu. Zgięta z bólu, nie potrafi się podnieść. Żar muska złowrogo jej twarz. Krew paruje.
Bardziej czuje niż widzi sylwetkę wyłaniającą się z płomieni. On podnosi ją za włosy na swoją wysokość. Zaciska oczy, ból przeszywa całe ciało.
- Panie, ja nie jestem godna...
On zaciska dłoń na jej szyi. Traci oddech. Stara się otworzyć oczy, ale otacza ją nieprzenikniona ciemność. Czuje łzy na policzkach i... Krople deszczu.

***

Dawniej...

Zastali ją w mieszkaniu, powieszoną na grubym sznurze. Zwłoki znalazła sąsiadka, rozemocjonowana kobieta, która średni wiek miała dawno za sobą. Widać było, że przesłuchanie ją cieszy, wydawała się niemal dumna.
- To była chora kobieta, proszę pana. Mąż od niej odszedł, dziecko odebrali, to się głupia powiesiła. Ja tam, proszę pana, zawsze powiadam, że trzeba być silnym bez względu na okoliczności...
Zmęczony posterunkowy popatrzył na swego przełożonego z prośbą w oczach. Ale ten wpatrywał się pusto w porzuconą kartkę A4.
Dłużej tak nie mogę. Przepraszam Cię, Laurko.
To było typowe samobójstwo. Bardzo typowe.
I nic w nim fantastycznego.

***

Gdy ładna turystka poprosiła pana Włodka o nazbieranie jej zawilców, nie sądził, że nie zdoła żadnego znaleźć. Po słabym piwie (wypitym za zaliczkę w wysokości 3 złotych) poszedł w las z rozwalonym koszykiem i zaciętym wyrazem twarzy. Zagłębiał się coraz bardziej w znane miejsce, wypatrując białych płatków pośród  świeżej zieleni paproci. Alkohol szumiał mu w głowie, ale nie zakłócał trzeźwości myśli. Wypił zdecydowanie za mało. Niemal podświadomie kierował się w stronę kręgu. Przypominały mu się chwile spędzone tam z kolegami, gdy jeszcze nie musieli zrywać będących pod ochroną kwiatków, żeby się dobrze upić. Powracając do marzeń, niemal potknął się o coś. Albo raczej - o kogoś. Na wilgotnej od deszczu ziemi leżała dziewczyna koło szesnastki. Jej ręce pokrywała rozcieńczona krew. W osoczu była także koronkowa spódnica, założona pewnie na specjalną okazję. Wokół dziewczyny leżało mokre drewno. Upuszczona żyletka lśniła w promieniach słońca, które zdołały przedostać się przez drzewa. Była blada, a jej usta posiniały. Nie wyglądała jakby miała się obudzić, o nie.
W jego stronę powiał wiatr, przynosząc ze sobą słodkawo-mdlący zapach. Zapach śmierci.

***

- Monia, ktoś do ciebie!
Dziewczyna niechętnie oderwała wzrok od książki. Kto tym razem? Koleżanka po lekcje? Maltretowana żona wysłana przez tatę na herbatkę? A może setna przyjaciółka mamy, której nie chce się czekać w salonie na fryzurę, więc woli w ich domu?
Schodząc ze schodów, spojrzała w lustro. Wyglądała fatalnie. Była w pogniecionych do granic możliwości spodniach i za małej bluzce. Jeszcze te podkrążone oczy... Zupełnie jak... Nie. Nie mogła o niej myśleć.
Z rozmachem weszła do przedpokoju, układając usta w wyćwiczony uśmiech, na wypadek gdyby była tu maltretowana żona. Ale nie.
Wysoki i ciemnowłosy, stał tam z rękami splecionymi za plecami. Był ostatnią osobą, jaką spodziewała się zobaczyć.
- Wiesz co się dzieje z Laurą? Nie odbierała ode mnie ani nie odpisywała...
Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Nie wiedział. Nie mógł wiedzieć. Nie, powinien.
- Nie żyje.
Łzy napływają jej do oczu, choć czuła ulgę. Ulgę i wielką, niewyobrażalną pustkę.

***


Schizofrenicy miewają omamy, częściej słuchowe niż wzrokowe. Czasem głos grozi im, każe coś zrobić, zwykle jest to niebezpieczne dla chorego (np. samookaleczenie) lub innych. (...) Chory może żyć w przekonaniu, że ma kontakt z istotami pozaziemskimi, uważać, że jest kosmitą czy bogiem i ma do spełnienia ważną misję. Próbuje sprostać zadaniu z ogromnym poświęceniem, co bywa szkodliwe dla niego i dla otoczenia. 

(źródło: Poradnik Zdrowie)

***

Deszcz znów zaczął padać, zalewając ziemię nieprzebraną ilością wody. A ludzi - nieprzebraną ilością znaków zapytania.

~~~
Hej. Uważam to opowiadanie za jedno z moich najlepszych. Bohaterowie są co prawda schematyczni, ale polubiłam je, a rzadko zdarza mi się lubić coś, co tworzę. Postanowiłam pisać opowiadania w całości je wrzucając, bo inaczej nie chce mi się kontynuować. Następne będzie trochę normalniejsze (co mogę zdradzić - kontynuacja Nienawistnej słodyczy, która dzieje się 9 lat później...). I BŁAGAM o komentarze. Serio. Pod tym opowiadaniem to cholernie ważne.
Wasza /Caxi

czwartek, 7 lipca 2016

Recenzja VI

D.J. MacHale 'Pendragon: Wędrowiec'



Robert 'Bobby' Pendragon ma teoretycznie wszystko czego tylko przeciętny czternastolatek może pragnąć. Jego najbliższa rodzina jest całkiem znośna, w szkole nieźle mu idzie, jest popularną gwiazdą koszykówki (jedyny powód, dla którego można go nie lubić - mam uraz do tego sportu XD), a do tego ta cudowna Courtney Chetwynd, w której jest zakochany od czwartej klasy w końcu odwzajemnia jego uczucie!
No i jest jeszcze wujek Press. Pojawia się rzadko, ale jest zdecydowanie równym gościem. I zdecydowanie bogatym. Gdy nagle pojawia się i prosi Bobby' ego o pomoc, ten nawet nie podejrzewa, że będzie się ona równała zostaniem twarzą rebelii w innej strefie zwanej Denduronem oraz użeraniem się z upartą wojowniczką Loor...

Jest to dość stara książka, po którą sięgnęłam po raz kolejny, aby sobie przypomnieć i przy okazji Wam ją przedstawić. Kocham, wielbię, uwielbiam, wyznaję. Czyta się ją szybko, ale tu muszę upomnieć, żeby nie brać się za nią przed snem. Książka jest zbyt wciągająca, nie mogę się  (za każdym razem!) oderwać.

Bohaterów moim zdaniem nie da się nie lubić. Nawet głównego Bad Assa i głównego bohatera, a tu muszę upomnieć, że o ile tego pierwszego wielbię niemal zawsze, to co do drugiego mam wygórowane ambicje.
Ciekawie zakreowane są postacie kobiece, ponieważ w całym cyklu nie znajdzie się słabej psychicznie osoby płci pięknej. Nieważne czy są z Ziemi, czy z Zadaa, to przede wszystkim silne i niezależne bohaterki.

Niestety, pojawia się tutaj trójkąt miłosny, który jest już nawet oczywisty w opisie, ale nie przeszkadza on tak jak to mają trójkąty w zwyczaju. Być może z tego powodu, że wszystkie postacie się lubi i nieważne jak ten romans się rozwinie, będzie się zadowolonym (znaczy się - tak było w moim przypadku...).

Styl jest lekki i taki nastolatkowy, bo wydarzenia z różnych stref są przedstawione jako dziennik Bobby'ego, za to wydarzenia z Ziemi mają narrację trzecioosobową. W pewnym momencie czytania dzienniki zaczęły mi się nudzić i zajęłam się fragmentami obyczajowymi xD Było to jednak w innej części.

Podsumowując - Cykl polecam z całego serca i całej duszy. Muszę dorwać jeszcze 4 części :3

***
Skończyłam dawno zaczętą reckę ;) Anelim jak na razie zawiesiła działalność, ale udziela się na fanpage'u.
/Caxi

wtorek, 14 czerwca 2016

...

Hello! It's me...
Zamierzałam napisać jakieś byle co, bo mam jeszcze 13 minut do końca wolnej lekcji informatyki. Jeśli chodzi o mnie, w najbliższym czasie nie pojawi się raczej nic konkretnego. Mam pomysły, ale ich realizacja przychodzi z wielkim bólem i irytacją. Niby mam fragment Bezwiednie, lecz jest krótki i niedopracowany, tak więc... nici. Nie potrafię napisać nic porządnego, co miałoby ponad dwie strony. Muszę się najwyraźniej kierować w stronę miniatur. Nic nie porzucam, tak jakby co. Po prostu brak Weny/natchnienia/głowy do tego wszystkiego.
Pozdro /Caxi
PS: Irlandia górą!

wtorek, 26 kwietnia 2016

Ostatnie książkowe zawody /Caxi vol.1

Po tym, jak namęczyłam się nad tym cholernym opowiadaniem i miałam jeden komentarz (Julio, jesteś najlepsza!), zamierzałam napisać jedynie Nienawidzę was i olać tego bloga na miesiąc. Ale nie zrobię Wam tej przyjemności.
~~~
Witajcie w moich ostatnich zawodach książkowych. Miała być jedynie Herbata z jaśminem, ale napatoczyła się Czerwona królowa, więc będzie o tych dwóch niemal różnych książkach. Niemal? Tak, bohaterki są bardzo podobne - pyskate, wkurzające, buntownicze. Ale po kolei. Dziś Herbata z jaśminem.

Agnieszka Gil, Herbata z jaśminem


 Jak bardzo ta książka mnie zawiodła najlepiej pokażę analizując po kolei jej przyciągający, miły opis.

Rodzinie Martyny daleko do ideału. Dziewczyna nie znajduje w niej oparcia i z zazdrością obserwuje nowych sąsiadów, tak radosnych i szczęśliwych. 
 Martyna (zwana, o mój Jason, Kurą ;-;) ma rodzinę alkoholików. Ale nie zauważyłam u niej zazdrości czy też smutku przy obserwowaniu sąsiadów. Ona ich nienawidzi i (spoiler) porwała im psa! Ja myślałam, że ona będzie po nocach płakać czy coś w tym stylu, a ta porywa psa. Zastanawiam się po co umieszczono zdanie o sąsiadach jako drugie, skoro ten wątek jest zrzucony na dalszy plan.
Kura, główna bohaterka -.-

 
Ona nie może liczyć na zbyt wiele rodzicielskiej miłości, dlatego akceptacji i ciepła szuka w kontaktach z obcymi. Jednak nieufność oraz wrodzony pesymizm utrudniają jej tworzenie bliższych więzi, nawet z ludźmi, na których jej zależy…
 Jednak jej nieufność i wrodzony pesymizm są strasznie naciągane i sztuczne. A bliskość, akceptacja i ciepło poszukiwane przez bohaterkę? Chodzi chyba oto, że ciągle chce iść z kimś do łóżka, bo to (oraz marnie skonstruowana przyjaźń) są jej jedyne relacje z obcymi. A z rodziną? 
 Bardzo dojrzałe trzaskanie drzwiami i pyskowanie.

Czy komuś wreszcie uda się dotrzeć do serca dziewczyny i nauczyć ją optymizmu? A może nawet ofiarować miłość i zapewnić poczucie bezpieczeństwa, o których tak marzy?
Agnieszka Gil opowiada o dojrzewaniu, trudnej sztuce radzenia sobie z własnymi uczuciami oraz umiejętności dostrzegania jasnych stron w życiu.
 Pretendentów do serca Martyny/Kury było trzech (bo dwóch to dla niej za mało):
  • Grześ/Żeluś - gościu z ulizanym fryzem, nienagannie wyprasowanymi spodniami, drogą gitarą. Jest strasznie nieporadny, a Martynka nie zostawia na nim suchej nitki swoimi ripostami. Od początku (czyli 18 strony, kiedy byli razem) jest mi go bardzo żal, ponieważ rozumiałam, że nie będzie z tą idiotką.
  • Leon <3 <3 - blondyn, chodzi z rozwianymi połami płaszcza, jest tajemniczy, romantyczny i ekscentryczny. Jak ja chciałam, żeby ta debilka go pokochała, żeby tylko był szczęśliwy. Ale ona kilkukrotnie sobie z niego zadrwiła, a potem zapomniała na rzecz innego. Leon robił dla niej wszystko, nazywał księżniczką... 
  • Maciek - 6 lat starszy korepetytor Kury. Według narratora to on był odpowiedni, by ofiarować miłość i poczucie bezpieczeństwa. Czy tylko we mnie budzi odrazę, że miłość 17-latki do 23-latka, jest pokazywana jako bardzo dojrzała i trwała, choć Martynka sama nie wie co czuje do Leona? -.-
Podsumowanie związku Martyny z Maćkiem
 Rada na przyszłość: to, że bohaterka zmywa makijaż i przestaje chodzić w czerniach, nie oznacza od razu, że dorosła oraz zaczęła patrzeć optymistycznie na życie -.-
Podsumowując: Książka jest beznadziejna. Bohaterka tylko irytuje, jedyną dobrze zakreowaną postacią jest Leon (zaczynam lubić to imię ^^), a wątki romantyczne są skopane. Sięgać tylko na własną odpowiedzialność.
Dziś krótko, ale Czerwoną królową postanowiłam opracować mocno /Caxi

sobota, 23 kwietnia 2016

Recenzja XII

Witajcie, tu Anelim i wreszcie mam dla Was konkretny post - recenzję! Cieszycie się? No, mam nadzieję... Zapraszam ;)

*

"Nie wolno się mścić. Co byś zrobiła, gdyby kopnął cię koń? Oddałabyś mu?"

Florystka




Autor: Katarzyna Bonda
Gatunek: kryminał, psychologiczne
Wydawnictwo: Muza SA
Cykl: "Hubert Meyer: Psycholog śledczy."
Opis: Huber Meyer, psycholog i detektyw, popełnił istotny błąd podczas sporządzania jednego z profilów. To kładzie się cieniem  na jego dobrej sławie oraz karierze i sprawia, że zrezygnowany profiler zwalnia się, by udać do małego domku na wsi, odziedziczonego po rodzicach. Chce odciąć się od swojej pracy i przeszłości, ale niestety, średnio mu to wychodzi. Wtedy zjawiają się raptem jego dawni znajomi, by powiadomić o niepokojącym wydarzeniu w Białymstoku, a także złożyć pewną propozycję...
W pozornie spokojnym mieście ginie Zosia; dziewczynka z dobrego domu, o świetnych stopniach, uczęszczająca do dobrej szkoły muzycznej. Czy ma to jakiś związek ze sprawą zabitego kilka lat temu Amadeusza Jekela? Kim jest tajemnicza florystka?

"Chciała tylko do niego dołączyć. Choćby za cenę piekła. Wiedziała, że je pokona, byle dostać się do dziecka. Każda chwila bez syna była dla niej cierpieniem."

Styl: Powinnam chyba przeprogramować kolejność tych punktów, ale na razie niech będzie... Styl jest zarąbisty. Idealny jak dla mnie. Nie ma w nim miejsca na zbytnią wyniosłość, przeciąganie czy nudę. Nie jest też banalny, za prosty ani zwyczajnie głupie. Opisy świetnie oddają charakter osób, miejsc, czy przedmiotów, autorka zastosowała odpowiednią (nie za małą, nie za dużą) dbałość o szczegóły, mistrzowsko zbudowała napięcie i nastrój, wplotła tajemnicę... Wszystko dzieje się pozornie powoli, ale według opracowanego planu; nieuchronnie, zrozumiale przyczynowo-skutkowo. Naprawdę, sama podczas czytania tej książki pisałam wyjątkowo dobrze, tak na mnie działała. Jest napisana stylem, który najbardziej mi odpowiada.

Moje wrażenia: Cóż, to nie do końca tak, że Florystka zwaliła mnie z nóg, czy rozwaliła mi serce. Zrobiła coś nieco innego.
Jak Wam pisałam, ostatnio miałam dość ciężki okres. Czułam się zmęczona, wypalona, miałam dosyć dosłownie wszystkiego i nawet czytanie było dla mnie wysiłkiem. Zmuszałam się, żeby zachować choć odrobinę...sama nie wiem czego. No i to w pewien sposób pękło przy Florystce. Ta książka, pierwsza od miesięcy, wciągnęła mnie, sprawiła, że znów faktycznie chciało mi się czytać. Ją.
No i jest idealna pod względem budowy. Jak pisałam, styl to mistrzostwo, tak samo jak fabuła i zagadka. Dopiero zaczynam z kryminałami, ale myślę, że Bonda naprawdę zna się na swoim fachu. Niby domyśliłam się kto jest sprawcą już po pierwszym napomknieniu o nim, ale ja tak po prostu mam - większość podobnych historii jest dla mnie dość szybko w miarę przejrzysta. Poza tym potem miałam momentami pewne wątpliwości, osoba ta znalazła się w kręgu podejrzanych wraz z jeszcze dwoma (które miały też spory związek ze sprawą), przez chwilę myślałam też, że jednak była tylko w to zamieszana. No i pozostało wiele szczegółów, czy wątków pobocznych, które mnie zaskakiwały.
Niesamowita była też wpleciona w powieść psychologia. Ogółem ostatnio bardzo polubiłam ten temat, a po przeczytaniu Florystki zawód profilera wydał mi się tak genialny, że rozważam zostanie kimś takim XD.
Godne zauważenia jest też to, że autorka świetnie przygotowała się do pisania powieści. Widać to, bo każdą z opisywanych lub dotykanych spraw (florystyka, muzyka, wygląd miasta etc.) przedstawiła bardzo fachowo i realistycznie. W podziękowaniach (tak, ja je czytam XD) są zresztą wspomniane osoby, z którymi rozmawiała i których rad zasięgała. I to jest dobre - nikt nie wymaga od pisarza, by znał się świetnie na wszystkim o czym pisze, chodzi tylko o to, by starał się na różne sposoby oddać to jak najlepiej.

"Tak wiele mi się zdawało. Wydawało mi się, że wiem, a tylko mi się wydawało. Uważaj na to, co ci się wydaje, szczylu."

Bohaterowie:

Hubert Meyer - jest okej. Tak, tyle mogę powiedzieć. Nie przywiązałam się do niego specjalnie (jak do większości głównych bohaterów w książkach), wydawał mi się też odrobinę mdły. Nie wiem dlaczego - jego charakter zbudowano prawidłowo, miał wady i zalety, rysy i przymioty, a jego reakcje czy kwestie były adekwatne do osobowości. Może właśnie dlatego nie przypadł mi do gustu? Był zbyt idealny? Nie, to złe słowo, raczej... Nie. Ja po prostu nie przywiązuję się do pierwszoplanowych postaci.

Lena Pawłowska - to samo, co wyżej. Podziwiam ją za jej determinację i nieustępliwość, za pokazanie, że kobieta może dorównać mężczyźnie (właśnie, we Florystce świetnie ukazano, że mimo równouprawnienia w niektórych instytucjach obecność płci pięknej nadal jest przyjmowana dość niechętnie). Uważam też, że Lena ma świetną historię i charakter. Naprawdę ją cenię. Ale nie zapałałam do niej jakimś wielkim uczuciem. Naprawdę nie wiem czemu.

Polubiłam za to Olę Jekiel. Była taka...rąbnięta, ale inteligentna i subtelna zarazem. Zadziwiała i oszałamiała wszystkich. Bezcenne. Tak samo przypadła mi do gustu maestra Eliza ( lubię zresztą bardzo to imię *.*) - silna, wyrachowana i kobieca zarazem. Jej zamiłowanie do harfy oddano wprost pięknie. Polubiłam też Domańskiego za jego teksty i humor oraz babkę od wilków (nie pamiętam imienia XD).

Mimo to nie znalazłam jakiegoś wybitnie cudownego bohatera i tego mi chyba zabrakło.

"Amarylis nie może umrzeć, jedynie zasypia w cebuli. Dlatego dusze zmarłych mogą się w nim odrodzić."

Jednym słowem: Jest to praktycznie moje pierwsze zderzenie z Bondą (wcześniej czytałam tylko pisarski poradnik - zarąbisty, gorąco polecam). Kupiłam Florystkę w wersji kieszonkowej, bo na prezentowym bonie została mi kasa niestarczająca na normalną książkę, bez sensu zaś było ją tak zostawić. No i miałam ochotę na kryminał. Przez przypadek wzięłam trzecią część serii zamiast pierwszej (którą zresztą wczoraj wypożyczyłam ^^), ale w sumie nie było to jakimś dużym problemem, bo sprawy prawie nie są ze sobą powiązane. A powieść naprawdę bardzo mi się spodobała i mogę polecić ją każdemu, a swoją przygodę z Bondą i kryminałami będę, naturalnie, chętnie kontynuować.

Moja ocena: 8/10

***

~Anelim



środa, 20 kwietnia 2016

Top bohaterów drugoplanowych - męskich

Wiem, że macie już dosyć mnie, postów okołoksiążkowych i nawiązań do anime, ale przed pisaniem recenzji (do której wciąż próbuję się zabrać) postanowiłam mimo wszystko wstawić coś takiego luźnego, niewymagającego, pełnego obrazków i gifów *.*...

Na pomysł podobnego postu dawno temu wpadła Caxi, ale za jakichś powodów go nie dokończyła. Toteż ja sobie, jakże mądrą koncepcję, bezkarnie podkradam i przychodzę do was z tą oto listą. Dziś część pierwsza, czyli mężczyźni (lub chłopcy)...

Amon Koutaru - "Tokyo Ghoul"

Szczerze mogę powiedzieć, że miałam (a raczej mam, bo to złagodniało tylko trochę, a jak wyjdzie drugi sezon pewnie znowu odżyje...) istną amonową manię. Zapchałam galerię zdjęciami tego bohatera, piszczałam i skakałam jak tylko usłyszałam jego imię, a gdy na chemii przerabialiśmy zasadę amonową...pół klasy spojrzało na mnie z niedowierzaniem, gdy wykrzyknęłam "Amon!" tak głośno i uwielbieńczo, jak tylko mnie na to stać.
Ale no...czyż on nie jest cudowny z tą swoją szlachetnością, bohaterstwem i wyglądem? *.*





I jeszcze moje ukochane "Ten świat jest pomylony"❤

Beleg Cuthalion - " Silmarillion", "Niedokończone opowieści", etc.

To z kolei bohater, którego polubiłam bez konkretnego powodu. Po prostu pokochałam go od pierwszej wzmianki o nim na stronicach Silmarillionu. No i potem chłonęłam każde słowo o nim w Silmie i NO, nawet poluję na Dzieci Hurina, bo uważam, że cała historia o Turinie jest boska (tak tragiczna❤), a Beleg to taka wisienka na torcie XD. Naturalnie jak w większości przypadków moich ulubionych bohaterów (SPOILER!) wystawił mnie na długie dni żałoby, rzucanie Silmarillionem, przerywanie czytania i ogółem wszystkie skutki nieodżałowanej tragedii. Nie mogłam się po tym pozbierać :'(





Emiel Regis

Nie, nie, tego gościa nie pokochałam za wygląd :P. Urzekły mnie jego teksty, żarty, wyszukane rozmówki z drużyną Geralta... Było to zresztą bardzo dziwne, bo na ogół nie przepadam z wampirami :/





Ferrin

Tak samo jak Regisa, Ferrina polubiłam za świetny charakter, nietypowe wypowiedzi i zmianę, tak, zmianę ścieżki życia, jakkolwiek to zabrzmi. Bo był...dobra, bez spoilerów. W każdym razie jest dla mnie genialnym bohaterem, a " Pozaświatowcy" genialną powieścią. Niestety niedocenianą i znalazłam tylko jeden obrazek Ferrina, ale był brzydki :(
Po skończeniu tej książki miałam takiego kaca książkowego...


Finnick Odair

W tej miłości nie jestem sama, bo Finnick ma naprawdę wiele fanek. I trudno się dziwić. Jest przystojny, błyskotliwy, zabawny, świetnie walczy, a jego życie okazuje się tak nietypowe i tragiczne... No i rzecz jasna Suzanne Collins musiała to wszystko wykorzystać i z uśmiechem na twarzy go (SPOILER!) zamordować [*]
Nie no, żartuję sobie, ja sama uśmiercam najlepszych bohaterów i bynajmniej nie robię tego z radością - czuję się jeszcze bardziej zrozpaczona niż gdy w czytanej książce umiera mój ukochany. Ale tak trzeba. Niestety. Rozumiem autorów :(.





Hideki Hinata

Dobra, dobra, już dwa razy naprawdę sporo o nim pisałam. To było gwałtowne, szybkie zauroczenie, niestety nie tak trwałe, jak Legolas, Amon czy Finnick. Ale i tak pozostanie w moim sercu, bo Hinata był, jest i zawsze będzie cudownie zabawnym człowiekiem o pięknych, błękitnych włosach *.*





Legolas

To chyba moje najdłuższe, najmocniejsze i (TAK!) najważniejsze zauroczenie z książek. Dlaczego najważniejsze? Cóż, Legolasa można obwinić o moją miłość do elfów, wiele wymyślonych przeze mnie historii (ogółem Władca Pierścieni dał mi takiego kopa, zaczęłam wtedy tworzyć fantasy i to takie coraz poważniejsze opowiadania, które mocniej lub słabiej towarzyszą mi do dziś), o wiele, wiele rzeczy związanych z moim życiem wewnętrznym, no i przede wszystkim stworzenie (Halo! Jesteś tam? Cii, wiesz, że nie lubię jak o tym piszesz... No racja, kochani, to informacje ścisle tajne.) kogoś niesamowicie dla mnie ważnego. Pewnie myślicie " o, jakaś świruska, która wymyśliła sobie chłopaka takiego jak ten idealny, nieistniejący gejolasz" i pewnie macie rację (ej, ja sobie wypraszam!). Ale to miało (nadal ma) tak duże znaczenie dla mnie, mojego życia, twórczości....jednym słowem wszystkiego. Na początku był bardzo podobny do Legolasa, potem się zmienił, zaczął żyć własnym życiem i historią, a ja oszalałam tak bardzo, że nad wszystkim straciłam kontrolę. Niestety, jak widać, nie umiem tego opisać ani wytłumaczyć.
Wracając do Legolasa, kiedy wychodziły ekranizacje Hobbita, mimo że jako szanująca się Tolkienistka powtarzałam, iż nie powinno go tam być to wypatrywałam mojego elfa na wszystkich zwiastunach, plakatach, zapowiedziach, filmach i... Rozumiecie ;)



Nie wiem czemu, ale mam słabość do tego arta *.*


Levi


Cóż... Aktualnie Levi to moja największa (bo pewnie najnowsza) obsesja. Męczyłam nim Was w którymś ABC, ale ten post nie mógłby zaistnieć bez wzmianki o nim. Jest tak cudownie zryty, niby obojętny, okrutny, pedancki i.... Po tym co napisałam, możecie uznać, że jestem psychiczna (co w sumie nie będzie dalekie od prawdy), ale u niego te cechy składają się w tak genialny zestaw. A jak poznamy jego historię, motywy, prawdziwe, skrywane ja.... Kocham Leviego, kocham!❤





Maedhros

A to z kolei dość specyficzna historia. Za pierwszym razem, gdy czytałam Silma Maedhros był mi całkiem obojętny. Za drugim... Tak bardzo pokochałam jego charakter, zachowania i historię, że moje serce, krwawiące jeszcze po Belegu, musiało z powrotem dać się pokroić i poharatać :(






Zuko

No i miłość z kreskówki <3. Właściwie początkowo to dla Zuko oglądałam Awatara:Legendę Aanga. Zobaczyłam go w jakimś odcinku puszczanym na nickelodion i stwierdziłam, że muszę bliżej poznać tego intrygującego bohatera. Jak zwykle intuicja mnie nie zawiodła.
Zuko ma tak cudowną historię, psychikę i....i cały jest taki cudowny (nadużywam w tym poście słów "cudowny", " genialmy", "kocham" etc. XD), że nawet tylko dla niego warto obejrzeć tę bajkę. A nie jest sam, bo pojawiają się też inni fajni bohaterowie i ciekawe wątki. Choć Katara to zuo! -.-





~Anelim

czwartek, 14 kwietnia 2016

Opowiadanie 15

Nienawistna słodycz

 Nienawiść jest kwiatem zniszczenia, który zranieni pielęgnują w sobie z niebywałą miłością.
~ Cytaty Info

Ten, kto zamknął się w nienawiści, już się skończył!
~ Stefan Wyszyński

Problem mobbingu w szkole jest łaskawie zauważany, dopiero gdy ofiara się powiesi. Wtedy uznaje się ją za wrażliwego bohatera, który mógł mieć wielką przyszłość, telewizja o nim mówi, gazety się interesują. Kiedy się nie powiesisz, nie potniesz ani nie otrujesz, możesz zapomnieć o jakimkolwiek zrozumieniu czy próbie pomocy. Jesteś wtedy zbyt słaby, żeby odpowiedzieć na prześladowania, nie jesteś bohaterem, a lamusem.
Ja się w końcu nie powiesiłam, bo tylko rok miałam czekać na gimnazjum. Chyba tej decyzji będę żałowała do końca życia.
Nauczyciele kazali mi ignorować zaczepki. "Jeśli nie będziesz zwracać na nich uwagi, to oni przestaną" twierdzili, kiedy przychodziłam roztrzęsiona na skargę. Rodzicom bałam się mówić, zresztą byli wciąż zabiegani, bez chwili czasu na wysłuchanie córki. Zaufanych przyjaciół przecież nie miałam. No może oprócz grupy treningowej, ale wstydziłam się przed nimi przyznać, że ktoś mnie prześladuje. Zresztą, kazaliby mi obić im pyski, poszliby ze mną, a potem ja bym miała problemy w szkole. Nie moi prześladowcy. Oni w końcu nawet ręki nie podnieśli, przykładni uczniowie, kochani synowie, mili koledzy. Oni mieli tylko słowa. Nieważne, że było ich sześciu. Przecież nawet nie klnęli.
Nienawidziłam ich. Z nąmiętną radością wypatrywałam wszelkich porażek, potknięć. I choć piekielnie się ich bałam, to przyjemność z ich nieszczęść była wielka. Byłam ofiarą, ale i wewnętrznym oprawcą. Katowałam się nienawiścią do NICH.
Ale wtedy pojawiła się Ulka. Mistrzyni Europy młodzików wpadła do naszej sali treningowej w potarganych włosach i nierówno zawiązanym pasku. Uśmiechnęła się do wszystkich rozbrajająco i nas podbiła. Niewiele czasu minęło, a wygadałam się. Nie miałam pojęcia, że Ulka ma ojca policjanta. Opowiedziałam jej wszystko, imiona, nazwiska, a ona przekazała to ojcu.
Mieli proces, bo ojciec Ulki okazał się policjantem bardzo oddanym swojej pracy. Wylądowali w poprawczaku, nie wszyscy, ale postawiłam na swoim.
***
- Martuś, skarbie znowu się spotykamy.
Nie, nie, tylko nie oni! Wolno się odwróciłam. A jednak, za mną stała szóstka chłopaków, którzy w moim umyśle zlewali się w jedną całość. I cel mieli jeden. Niszczyć. MNIE.
- Martuś, dlaczego masz taką zaskoczoną minę? Wyglądasz jeszcze gorzej niż zwykle. O ile - rzecz jasna - tak się da. Och, nie obrażaj się. My tylko mówimy całą prawdę. Reszta społeczeństwa trzyma cię w mylnym przekonaniu, że jesteś coś warta. A jesteś nikim i niczym. Paskudnym zerem, które zatruwa nasze życie.
***
W wakacje zaczytywałam się marnymi poradnikami o akceptacji w grupie i tym, co będzie imponować innym w nowej szkole. Z nerwów nie mogłam spać, szarpałam włosy. Ciąć się nie zaczęłam, bo bałam się widoku krwi. Nie pamiętam czego się najbardziej lękałam - czy tego, że będzie gorzej, czy tego, że będzie tak samo. Wybrałam w końcu zupełnie nową szkołę dość daleko od domu, choć tamtą miałam bliżej. Ale tamta była skażona. Ich.
Z przerażenia płakałam po nocach, cicho, żeby nie przeszkadzać rodzicom w spaniu. Ręce zaczęły mi się trząść i tak już zostało. Przy czym jeszcze bardziej nienawidziłam Ich, bo to była Ich wina.
Miałam pójść do zupełnie innej szkoły i zupełnie innych ludzi całkiem sama! Pocieszałam się, że tak naprawdę zawsze byłam sama. To uczucie magicznie znikało podczas treningu, ale nie samym sportem człowiek żyje. Niestety.
Pierwszego września byłam już doskonale obojętna na wszystko i wszystkich, strasznie blada i zmęczona, ale gotowa do walczenia z jakimikolwiek objawami mobbingu. Jakże się zdziwiłam, gdy bez żadnych przeszkód dogadałam się z innymi. Oczywiście nie byłam popularna, ale chociaż mnie czasem widzieli. To miał być mój happy end. Ale nie był.
***
- Martuś, więc zgadzasz się?
Podniosłam wściekły wzrok znad podręcznika fizyki.
- Nie mów do mnie w ten sposób! Nie możesz nauczyć się takiej prostej rzeczy?! - syknęłam do siedzącego w ławce przede mną chłopaka. Fizyczka się nie zorientowała, zajęta bardziej obserwowaniem z zachwytem kogoś wykonującego zadanie na tablicy.
- Dobrze, już spokojnie. Przepraszam, Marto. - powtórzył chyba po raz setny swoją formułkę. Nudziła mnie już, bo potem przez parę dni się trzymał zasady nie używania zdrobnień, później zapominał i znów przepraszał. Na szczęście zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, zabrzmiał dzwonek obwieszczający koniec lekcji. Fizyczka poprosiła nas o zostanie na miejscach i rozpoczęła chaotyczne podawanie pracy domowej, lecz nikt jej nie słuchał. To był dopiero początek września, a do tego drugiej klasy, więc rozmawialiśmy o jakichś głupotach.
Po kilku godzinach już gnałam do klubu na pierwszy trening roku szkolnego. Wcześniej nie odbywały się, bo sensei (w karate: nauczyciel, mistrz) był chory, a ja nie mogłam się doczekać. Podśpiewując jakieś radiowe piosenki zakładałam kimono, kiedy w szatni pojawiła się Ulka.
- Wychodzą - powiedziała spokojnie. Wciągnęła na siebie szybko strój i związała włosy, po czym dopiero obdarzyła mnie spojrzeniem. Wzruszyłam ramionami.
- Niech sobie wychodzą z tego poprawczaka - odpowiedziałam starając się opanować drżenie głosu.W nietypowym dla nas milczeniu opuściłyśmy szatnię. Na korytarzu stały same znajome twarze, może odrobinę starsze i bardziej opalone. Filip był już niemal mojego wzrostu, co skwitował wesołym uśmiechem.
Sala pachniała tym co zwykle - potem i płynem do czyszczenia maty. Wrześniowe słońce przedzierało się przez niewielkie okna. Było ciepło, duszno, parnie. Ktoś od razu otworzył okno, a potem się oczywiście do tego nie przyznawał. Daniel jak zwykle poprosił o prowadzenie rozgrzewki, sensei się zgodził, a my byliśmy przez następne 40 minut skazani na wyczerpujące ćwiczenia kolegi. Nagle drzwi się otworzyły i stanął w nich wysoki blondyn, na oko parę lat starszy ode mnie. Sensei poklepał go po plecach jakby znali się już od dawna. Nie przedstawił go, tylko kazał dołączyć do rozgrzewki, sam założył klapki i przepadł gdzieś w poszukiwaniu kawy. Daniel z szerokim uśmiechem pod tytułem ja-tu-prowadzę-rozgrzewkę zapytał nowego o imię. Wiktor.
Ulka zasłoniła sobie usta dłońmi.
Zadrżałam. Wiedział, że to ja? Pamiętał? Znów poczułam się jak kiedyś, porzucona i zapomniana, znowu drżałam ze strachu i z nienawiści. Unosiłam na niego przerażony wzrok, po czym dla uspokojenia wbijałam paznokcie w dłoń. Poznał mnie?! Starałam się oddychać spokojnie, żeby nie zwracać uwagi na moją skromną osobę. Filip podbiegł do mnie i spytał czy wszystko OK, na co nieuważnie skinęłam głową. Chyba go uraziłam, ale nie miałam głowy do uczuć jakiegoś małolata. On powrócił. Oni jeszcze znajdą swoje miejsce w moim życiu.
Chłopak podniósł bladoniebieskie oczy i uśmiechnął się nieśmiało. Odpowiedziałam grymasem. Nie będzie mu tutaj prosto, o nie.
~~~

To tak... Nie wiem czy dopisać dalszą akcję czy zostawić otwartą kompozycję. Jak sądzicie? Ogólnie bardzo długo to pisałam i usunęłam dłuugą scenę, bo nie pasowała. /Caxi